Kontrast:
Rozmiar czcionki:
Odstępy:
  • TAB - Kolejny element
  • SHIFT + TAB - Poprzedni element
  • SHIFT + ALT + F - Wyszukiwarka
  • SHIFT + ALT + H - Strona główna
  • SHIFT + ALT + M - Zawartość strony
  • SHIFT + ALT + 1 do 4 - Wybór menu
  • ESC - Anulowanie podpowiedzi

Legenda o św. Jacku i cudownej figurze Matki Boskiej cz. 2

aut. Jacek Błoński, „Nasz Przemyśl”, lipiec 2011 (Nr 82)

Po odjeździe mongolskiego oddziału uciekinierzy z Kijowa, pomimo zapadających ciemności, postanowili kontynuować marsz. Chcieli jak najszybciej oddalić się od nieszczęsnego grodu, gdzie śmierć zbierała krwawe żniwo. Wojownicy Batu-chana niczym jeźdźcy Apokalipsy niszczyli wszystko, co napotkali na swej drodze. Nadchodził upadek wielkiego Kijowa.

Ojciec Jacek wciąż szedł na przedzie, niosąc figurę Bożej Matki. Jego przewodnikiem w nieznane początkowo było światło zachodzącego słońca.  Potem zakonnik prowadził swoich braci w stronę ciemności i ciszy, bo gdzie nie było światła i zgiełku, tam nie było wrogich Mongołów. W tym strasznym czasie jedynym źródłem światła w nocy były łuny pożarów palonych przez nich wsi i dworów, a cisza oznaczała ich nieobecność. Tam gdzie byli Mongołowie, słychać było ich tryumfalne okrzyki bojowe oraz płacz i jęki mordowanych lub branych do niewoli Rusinów.

Po pewnym czasie wszystko ucichło, mnisi, wykorzystując blade światło odbijające się od śniegu i chcąc uniknąć kolejnych spotkań z wojownikami Batu-chana, zeszli z traktu i ruszyli przez zaśnieżone pola w stronę widocznego w oddali lasu. Po kilku godzinach nieustannego marszu dotarli do brzegu kniei. Nie przerwali jednak wędrówki, lecz dalej podążali w głąb lasu. Drzewa stanowiły osłonę nie tylko przed zimnym wiatrem, lecz również chroniły ich przed niebezpieczeństwem. Mongołowie starali się omijać las, ich sprzymierzeńcem była przestrzeń, gdzie ich konnica mogła dopaść, pokonać każdego wroga.

św. Jacek Odrowąż (ur.1183 – zm. 1257)

Ojciec Jacek, choć sam bardzo zmęczony, próbował podtrzymywać na duchu innych. Pozostali, zarówno zakonnicy, jak i zwykli wędrowcy, patrzyli na niego z podziwem. Gdy nad ranem dotarli do niewielkiego wąwozu okolonego sosnami, Jacek zarządził postój:

- Tutaj się zatrzymamy na odpoczynek. Jak wstanie słońce, zapalimy ognisko. Póki panuje ciemność, światło ognia mogłoby zdradzić naszą obecność.

Zakonnik postawił figurę Matki Boskiej, klęknął przed nią i powiedział do swoich towarzyszy podróży:

-Teraz podziękujmy Bogu i Matce Bożej za pomoc.

Po skończonej modlitwie udali się na upragniony odpoczynek. Wcześniej ojciec Jacek i jeden z kupców poradził, aby ścięli sosnowe gałęzie i wyłożyli miejsce ich odpoczynku. Kilku z nich naprędce z gałęzi zbudowało kilka szałasów, aby w ich wnętrzu schronić się przed wiatrem i zimnem.

Rano, gdy ciepłe promienie słoneczne rozświetliły i ogrzały prymitywne szałasy wędrowców, rozpalili niewielkie ognisko. Gdy tylko nieco się ogrzali i zjedli przyrządzoną polewkę z suszonego mięsa i ziół wygrzebanych spod śniegu, większość zaczęła się przygotowywać do drogi. Wówczas ojciec Jacek podszedł do jednego z nich, odebrał od niego jego sakwę, położył ją na zmarzniętą ziemię i rzekł:

- Drodzy moi, zostaniemy tu aż do zmierzchu. Wyruszymy dopiero wieczorem, po zachodzie słońca. Noc jest naszym sprzymierzeńcem.

Młody zakonnik przerwał swemu przełożonemu:

- Ojcze, przecież masz glejt od tego Tatara. Przecież on mówił, że żaden tatarski diabeł nie śmie na nas podnieść ręki, gdy zobaczą znak ich kniazia.

Jacek spojrzał surowo na młodzieńca i spokojnym głosem wyjaśnił:

- Bracie Jędrzeju, zanim postanowisz kolejny raz odezwać się niepytany, spróbuj posłuchać do końca, co mam do powiedzenia.  Owszem, mam glejt, lecz nie mam pewności, że następny Tatar zechce nas wpierw posłuchać, jak napotkamy jakiś mniejszy oddział. Czy pomyślałeś, że przy następnym spotkaniu zwyczajnie porąbią nas szablami lub też posłużą się  nami jako żywymi tarczami podczas ćwiczeń w strzelaniu z łuku?

Zawstydzony brat Jędrzej zarumienił się i chcąc jakoś odpokutować swój błąd, zobowiązał się, że poniesie figurę Matki Boskiej. Jacek jednak odmówił:

- Dziękuję bracie Jędrzeju za ofiarowaną pomoc, lecz to ja chciałem pozostawić Matkę Bożą na zatracenie i ja muszę ją donieść do miejsca, gdzie bezpieczna.

Gdy czerwona tarcza słońca zaczęła powoli chować się za horyzont, wędrowcy ponownie ruszyli w drogę na zachód, jak najdalej od Mongołów. Przed nimi było wiele tygodni podróży. Za nimi była śmierć, spalone wioski, przed nimi nieznane. Nikt z nich nie wiedział, dokąd dotarli skośnoocy najeźdźcy.   Przez kolejne dni w ciągu dnia ukrywali się po lasach, a nocami wędrowali.

Pewnego ranka dotarli do opuszczonej osady. Chaty wyglądały tak, jakby jeszcze przed chwilą w nich mieszkali ludzie. W wielu domach stały na stole jeszcze misy ze spleśniałymi resztkami jedzenia. Ku ich wielkiej radości w jednej z chat znaleźli spore zapasy żywności. Pod powałą wisiały kawałki mięsa, na półce stał garniec smalcu. Obok na stole leżały jeszcze zamarznięte  kawałki chleba. Zakonnicy zrozumieli, że mieszkańcy osady opuścili swoje osady w obawie przed Mongołami.

Kiedy jeden z wędrowców zmierzał do ojca Jacka zawiadomić go o tak ważnym odkryciu, nagle jego oczy ujrzały kilkudziesięciu konnych, którzy zmierzali w stronę opuszczonej osady. W tym samym czasie również Jacek i pozostali towarzysze niedoli ujrzeli obcych. Wszyscy przeżegnali się, ponieważ już z daleka rozpoznali mongolskich wojowników. Lecz co dziwniejsze, jechało z nimi kilku zbrojnych ruskich wojów.

Ojciec Jacek kazał wszystkim zgromadzić się w jednym miejscu. Podniósł figurę Matki Boskiej, a bratu Klemensowi nakazał trzymać glejt chana tak, aby był widoczny.

Zbrojni powoli zbliżali się do wędrowców. Po chwili Jacek i jego gromadka byli otoczeni przez jeźdźców, wśród których wyróżniał się starszy Mongoł. Jego strój i droga perska zbroja karacenowa świadczyły, że był on kimś bardzo ważnym. Również pozostali wojownicy byli lepiej uzbrojeni. Obok starego Mongoła siedział na koniu Rusin. Również i on wyglądał na kogoś ważnego. Jego zbroja i znaki na tarczy świadczyły, że jest bojarem.

Po chwili milczenia podjechał do Jacka, chwilę z uśmiechem przyglądał się zakonnikowi i nagle sprawnym ruchem wydobył miecz i mierząc jego ostrze w twarz zakonnika cichym, lecz stanowczym głosem powiedział:

- Módl się  mnichu lepiej do Boga, bo za chwilę sam się z nim spotkasz.

Kiedy wędrowcom wydawało się, że za chwilę miecz pozbawi życia ich przewodnika i przywódcę, a zgraja Mongołów wytnie ich w pień, stary wódz mongolski odezwał się po rusku:

 - Michale, schowaj swój miecz z powrotem do pochwy. Ja tu rozkazuję i nie przypominam sobie, żebym kazał zabić tych ludzi.

Następnie krzyknął coś po mongolsku do swoich wojowników. Słysząc słowa swego wodza Mongołowie, lub jak ich zwano na Rusi Tatarzy również schowali potężne zakrzywione miecze o szerokich głowniach.

Stary Mongoł wskazał ręką i jeden z jego ludzi zsiadł z konia, odebrał glejt od brata Klemensa i podał swemu wodzowi.

Wódz wziął glejt do ręki, chwilę mu się przyglądał, potem sam ku zdziwieniu wojowników i ruskich bojarów sam podjechał do Jacka . Zsiadł z konia, podszedł do zakonnika, obszedł go wokół. Potem przywołał jednego ze swoich ludzi i rozkazał mu odebrać figurę Matki Boskiej. Wojownik wziął figurę od Jacka, chwilę ją trzymał, a potem ostrożnie położył na zmrożonej ziemi i klęcząc przed starym wodzem, powiedział kilka zdań po mongolsku.

Wódz zwrócił się w doskonałym języku ruskim osobiście do ojca Jacka:

- Gdy w obozie naszego chana (oby mu wszystkie duchy tej ziemi sprzyjały) usłyszałem opowieść jednego z kuzynów naszego pana o spotkaniu mnicha-szamana i jego dziwnej figurze, byłem pewien, że wzorem wielu dzielnych, a niezbyt rozgarniętych mężów wojny plótł bzdury. Byłem nawet wściekły, że ów krewny chana lekką ręką podarował glejt nędznemu mnichowi. – wódz na chwilę przerwał
i oddał znak chana Jackowi.

- Czy ty wiesz, zakonniku, że każdy, kto widzi ten glejt, ma obowiązek wam zapewnić pomoc i ochronę w drodze?! – Nie wiesz. Tak, to prawda. Lecz prawdą jest to, że albo ta figura jest zaczarowana, albo ty posiadasz wielką siłę. Przed chwilą mój sługa Baatarsuch powiedział mi, że figura jest bardzo ciężka i nie jest możliwym, aby taki słaby i wychudły mnich mógł ją unieść przez dłuższą chwilę, a co dopiero dźwigać w czasie wędrówki. Lecz moje oczy same to widziały. Jestem już stary, przeżyłem wiele i życie nauczyło mnie niejednego. Wiem, że nie wolno sprzeciwiać się woli niebios i duchów. Nie wiem jednak, jakim cudem jeszcze żyjecie? Ale mogę zapewnić cię o jednym. Tam, gdzie doszły nasze wojska, krzywda wam się nie stanie. Jeszcze dziś wyślę posłańców do dowódców wszystkich oddziałów, aby rozkazali swoim ludziom wszędzie was przepuszczać wolno, a kto się sprzeciwi mojej woli zostanie rozerwany przez konie.   

Po tak długim przemówieniu stary wódz wsiadł na konia, przywołał bojara Michała i rozkazał mu, aby wytłumaczył zakonnikom, jaką drogą mają się  przemieszczać, aby bezpiecznie ujść z Rusi. Wcześniej nakazał mu dowiedzieć się, gdzie ojciec Jacek i jego towarzysze podróży  chcą się udać?

Jacek wyjaśnił, że podążają do Halicza, lub Przemyśla, gdzie jego bracia – zakonnicy  prowadzą niewielką wspólnotę.

Bojar Michał, wiedząc, że stary Mongoł uważnie przysłuchuje się ich rozmowie powiedział:

- Od tej chwili trzymajcie się gościńca. Unikajcie bocznych dróg i lasów, tam roi się od różnych zbójów, którzy napadają na  ludność wsi, którzy jak i wy uciekają na zachód. Lecz głupcy nie wiedzą – bojar celowo podniósł głos, tak aby wszyscy Mongołowie mogli go usłyszeć – że nasi kniaziowie jeden za drugim składają hołd Batu-Chanowi i biada tym, którzy nie zegną karku przed nim. Mnie mój kniaź kazał służyć za przewodnika i nakazać chłopom, aby powrócili do swych wiosek.

Następnie bojar dodał:

- Głupcy, nie musicie się śpieszyć do swojego Przemyśla. Wojska Batu-Chana będą tam szybciej, a najpóźniej wiosną Lachy w Krakowie na kolanach będą oddawać cześć synowi nieba i słońca  Batu-Chanowi. 

Ojciec Jacek stał milcząc, pozostali mnisi zbledli, słysząc słowa ruskiego rycerza.  Wszyscy oprócz dominikanina, syna rycerskiego rodu, zwątpili w sens wędrówki. Tylko on jeden był pewien, że jeszcze kres ich wędrówki nie nadszedł, a cudowna figura kolejny raz uratowała ich do śmierci.

cdn.

PS Trzecia i ostatnia część legendy ukaże się w sierpniowym numerze „Naszego Przemyśla”

Wersja XML